Analogi

Pierwszy łyk kawy nad morzem. Ulga, że smakuje (ostatnio mam kryzys kawowy i prawie nigdzie nie smakuje).

Przebijam skorupkę sufletu i ze środka wylewa się gorąca czekoladowa lawa. Odkładam widelec na bok i sięgam po kopertę, w której znajduje się plik zdjęć analogowych. Udało mi się je wyciągnąć ze skrzynki na listy tuż przed wyjazdem, gdy w drugiej ręce trzymałam już walizkę.

You don’t take a photograph, you make it. Ansel Adams

Smiena, Zenit, czy Rolleiflex, wszystkie te aparaty nauczyły mnie jednej rzeczy: zupełnie innego spojrzenia na sytuacje, gesty, czy miejsca. Nauczyły mnie też totalnie innego patrzenia na fotografię samą w sobie. Fakt, że mam do wykorzystania w danej chwili tylko 24 czy 36 klatek sprawia, że moja optyka zupełnie się zmienia. Od momentu korzystania z aparatów analogowych zaczęłam patrzeć kadrami, co w konsekwencji było powodem wielu mikro-zawałów zawodów, spowodowanych brakiem aparatu w bardzo. ważnych. momentach.

W aparacie cyfrowym nie ma tajemnicy, wszystko widać sekundę po zrobieniu zdjęcia, jeśli efekt nas nie zadowala, po prostu kasujemy obraz z pamięci – prosta historia. Z analogów nie da się wykasować pojedynczej klatki. Efekt jest znakiem zapytania do momentu wywołania filmu. Dopiero wtedy, gdy dostajesz kopertę pełną obrazów widzisz to, co tak naprawdę zostało z tego, co widziałeś. Niemal za każdym zdjęciem kryje się historia:

Okna.

Wyjątkowo ciepła jesień szybko przesuwała się za oknem, w szybie przedziału odbijała się twarz kobiety siedzącej po drugiej stronie. Krótkie włosy, jeansowe spodnie i flanelowa koszula w kratę. Przymrużone oczy, twarz obrócona w stronę słońca. Przed chwilą w krótkiej rozmowie przez telefon powiedziała przyjaciółce:
-Tak, wracam. Powiedzieli, że jestem już zupełnie zdrowa. Zadzwonię jak dotrę do domu. Też bardzo się cieszę.
Tak chyba wygląda szczęście. – pomyślałam. Kilka stacji dalej wstała i rozłożyła swoją białą laskę. Pomogłam jej ściągnąć walizkę.

-Wszystkiego dobrego
-Wszystkiego dobrego – odpowiedziała kierując twarz w moją stronę. Uśmiechnęłyśmy się do siebie, bo przecież uśmiech można poczuć nawet gdy się go nie widzi, prawda?

Jej portret.

Focus na podbródek zanurzony w cieple Twojego swetra. Zmierzwione od snu jasne włosy, mokre od herbaty usta. Przed chwilą trzymała w rękach Twój ulubiony kubek. Wdychała karmelowy zapach parującej gorącej herbaty. Sekundę później usłyszałeś jej śmiech. Próbujesz sobie przypomnieć co ją tak rozbawiło. Raz, dwa, już: Twoje zdjęcie z przedszkola. Na czarno-białej fotografii masz na sobie strój kowboja. Przecież wszyscy wtedy chcieli być kowbojami, policjantami albo strażakami. Pamiętasz, że tak bardzo podobały Ci się te buty, które dostałeś od dziadka, że jak mama wieczorem zamknęła Twój pokój, założyłeś je na nogi i zasnąłeś chowając się pod kołdrą.

Taniec.

Na zdjęciu uśmiechają się do siebie dwie postaci: ojciec i córka. Ona: długie ciemne włosy, ubrana w jasną sukienkę i niesamowity uśmiech. On: wysoki, skórzane buty, jasne spodnie, koszula, sweter. Trzyma jej rękę kręcąc pirueta. Kiedy to było? On już mi nie opowie, a ona? Była wtedy o wiele młodsza niż sama teraz jestem. Jeszcze wszystko, co stało się przyszłością, było wielkim znakiem zapytania. Ekscytująca niewiadoma, która zamieniła się w wiele przewidywalnych sytuacji, które miały być piękne, a wyszły jak zwykle. Sztuczne juki, sztuczne paprocie, pomalowany na żółto balkon w bloku z wielkiej płyty, rutyna. Ale patrzę na czarno-białe zdjęcie i nie mogę przestać się uśmiechać. Tęsknię za nimi. Za świeżym spojrzeniem na to co wokół, za niczym niezmąconą beztroską, za radością.

Dziewczynka.

Wesoła, rozbrykana. Wiesz, nigdy byś nie pomyślał, że może być takim wrażliwcem. Wcale nie jest skryta ani cicha. To niezła zmyłka z jej strony. Tak naprawdę wszystko przeżywa z niewyobrażalną intensywnością. Jeśli słyszysz jej śmiech – słyszysz szczęście (jeśli można je usłyszeć, to właśnie przebywając w jej towarzystwie jest to możliwe!). Ale gdy płacze, wiesz, że nie żartuje. W wakacje dziewczynka uciekła z domu. Chwyciła lalkę, wyszła za furtkę, przeszła pięć kroków. To prawdopodobnie były najdłuższe sekundy w jej kilkuletnim życiu. Kwintesencja rozpaczy: łkanie, pożegnanie z bliskimi, żal. Po kilku krokach wróciła się i powiedziała: ‚Nie mogę żyć bez was, bez rodziny. Jesteście moją rodziną.’

Kurz. Magiczny pył.

Plac przy zwykłym chodniku wzdłuż szarej, obdartej kamienicy. Tam gdzie zupełnie nikt by się go nie spodziewał. Wchodzę do ciemnej bramy, napisy na ścianach. Wśród nich ‚Wisła Kraków w sumie lubi Cracovię, ale nie wie jak zagadać’ – uśmiecham się i myślę jak szybko to miasto stało się znowu moim domem. W podwórku znajduje się pracownia z ażurowym oknem na pół ściany. Z oknem którego nikt zapewne nie czyścił od dobrych paru lat (a może kilkunastu?). I dobrze- w przeciwnym wypadku popołudniowe światło wpadające do środka nigdy nie wyglądałoby tak miękko. Pokój jednocześnie wypełniony jest smugami słońca i magicznym pyłem*. Każdy oddech, gest, powoduje jego ruch w pomieszczeniu.

Najgorsze jest pierwsze 10 tysięcy ujęć. ~ Helmut Newton

Fotografia to sekret na temat tajemnicy. Im więcej Ci przekazuje, tym mniej wiesz. ~ Diane Arbus

Po powrocie do domu popatrzę na Olympusa, który leży od jakiegoś już czasu na półce czekając na lepszy moment. Z szuflady wyciągnę przeterminowany film i włożę go do aparatu. Chyba w końcu czas go zabrać na spacer. Chcesz też? Chodź!

Wpis powstawał w Bliżej.

*Zygmunt Kałużyński

Zdjęcie: Krzysztof Kotkowicz

  • Monika Dąbrowska

    I jak tu nie czekać na kolejne Twoje teksty :)