Emocje 2.0

Wieczorem wychodzę z domu i mam 20 minut, żeby dostać się do kina. Na szczęście to nie randka, więc biegnę w bluzie i jeansach żeby zdążyć przed seansem. Wiem, że reklam nie będzie.

Po drodze mijam ludzi idących wolnym krokiem. Odkąd przeprowadziłam się do tego miasta, łapię się na tym, że tutejsza tkanka ludzka jest jak żel. Tłum przemieszcza się w slow motion, a gdy chcesz zrobić coś szybciej, intensywniej, musisz szukać wytrychów, żeby nie utknąć w tej spowalniającej mazi. Trzeba. Być. Twardym.

Z pozycji sprintera można, wbrew pozorom, całkiem wiele zauważyć: pary siedzące na Plantach patrzące w telefony i edytujące zdjęcia w VSCOcam, osoby siedzące na schodach kamienic, przystankach, czy po prostu stojące w kolejkach po quesadille, zbliżone do siebie na odległość palca wskazującego, ale nie zauważające tych, którzy są obok, bo na ekranie: swipe left, swipe right, match, new moment. Powiadomienia z Facebooka, Snapchata, Twittera, Instagrama, czy (te najbardziej wyczekiwane!) z Tindera, po półgodzinnym pobycie w barze bez zasięgu, zasypują telefon jak tylko wychodzimy na powietrze.

Znajomości na odległość, przelotne, czasem tylko z pozoru nic nie znaczące. Kilkutygodniowe ekscytacje, z których nic nie ma, nawet rozczarowań. Rozmyte obrazy, pojedyncze randki, wyjścia na piwo i papierosa, bo do teatru, mimo, że ambitnie, nie jest tak modnie.

Przyszło nam funkcjonować w czasach, gdy szeroko pojęte technologie umożliwiają nam budowanie dosyć bliskich relacji z ludźmi, z którymi normalnie nie mielibyśmy możliwości kontaktu. Łatwiej jest o tworzenie backupów, wachlarzy osób, które „w razie gdyby była taka potrzeba” dopuścimy bliżej do siebie. Jednocześnie nie zauważamy, że sami wpadamy w swoje sidła. Z jednej strony nie decydując się na konkretną relację, nieraz trzymamy na lekki dystans kilkoro ludzi, którzy czasem nieświadomi stanu rzeczy myślą, że są dla nas kimś wyjątkowym. Z drugiej, kiedy już dochodzi do nas, że sami znajdujemy się w czyjejś grupie „plan B”, „kiedyś”, czy jakkolwiek ją nazwać, zaczynamy myśleć w ten sam sposób o tych, którzy pojawiają się na naszej drodze.

Przyznam, że czasem siadam wieczorem na parapecie mojego okna i wdychając smog miasta myślę o karykaturalnej rzeczywistości, w której wszystko można zdewaluować jednym lol czy yolo. Zastanawiam się w jaki sposób w takiej sytuacji sygnalizuje się emocjonalny follow up, gdy gdzieś z tyłu głowy masz świadomość, że jutro nie będzie z kim zjeść śniadania, czy z kim pójść do teatru. Takie życie na pół gwizdka.

I gdy wracam po seansie wolnym krokiem, już będąc częścią tłumu, zastanawiam się ile z tych par tulących się do siebie, spacerujących, czy całujących się w zakamarkach starego miasta, to jednorazowe przygody. Bo nie będzie kontynuacji – on nie miał wszystkich cech, których szukam. Za to może mieć je ktoś inny, z kim rozmawiam na DM na Twitterze. Bo być może, gdy za parę dni się spotkam z kimś, kto tak pięknie mówi mi na Messengerze o tym, że panicznie boi się zaangażować, zdarzy się coś niesamowitego i oboje zdecydujemy się, by być tylko ze sobą. Pod warunkiem, że będzie follow up. Jeśli nie, nie wiadomo kiedy ten stan się skończy.

W podstawówce było łatwiej.

Zdjęcie: Paweł Kolankowski

  • Kiedy byłam nastolatką, spisałam sobie w pamiętniku całą listę cech, które musiał mieć mój wymarzony chłopak. Łącznie z takimi szczegółami jak „musi nosić dzwony i mieć długie włosy” czy „nie może używać żelu do włosów”. To właściwie skreślało wszystkich przedstawicieli płci brzydkiej, jakich znałam choćby z widzenia. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że chyba nie byłam wtedy gotowa na jakiekolwiek relacje, dlatego oczekiwałam nieistniejącego. To było bezpieczne.

    „On nie miał wszystkich cech, których szukam” – to chyba dobre podsumowanie oczekiwań wielu współczesnych singli. Szukanie szczegółowo określonego ideału jest z góry skazane na porażkę. Ale jednocześnie pozwala żyć w bezpiecznym kokonie. „Jestem sam(a), bo szukam swojego ideału”.

    • obserwuję te zachowania i czasem żałuję, że nie ma obok mnie nikogo, kto widziałby jak przewracam oczami ;) ‚you know nothing, Jon Snow’ – myślę. Jestem zdania, że warto przyjrzeć się z bliska drugiemu człowiekowi, bo możemy w nim znaleźć rzeczy, których nawet się nie spodziewaliśmy od wyimaginowanego „ideału”.

  • sink.zodiac

    mój Twój ulubiony wpis :)