Kamienie

-Proszę zapiąć pasy, zbliżamy się do strefy turbulencji – popatrzyła na klamrę pasa bezpieczeństwa, upewniając się, że nie rozpięła jej od momentu startu.

Wszystko było w porządku, dokładnie tak, jak 10 minut temu, gdy upewniała się ostatnim razem. Od tamtej chwili zdążyła już usunąć jakieś 600 niepotrzebnych zdjęć ze swojego telefonu, zasnąć na 2 minuty, a następnie przeglądnąć cały magazyn pokładowy. Niemowlę siedzące obok z mamą i z tatą płakało. Dokładnie dwie sekundy po tym, jak usiadła przy oknie, zaczęła żałować, że nie wyciągnęła z torby książki, którą przecież wzięła po to, żeby zająć myśli. A teraz komunikat o turbulencjach. Cały samolot czekał, aż zacznie się nieprzyjemna część lotu. I nic. Czasami jest tak, że spodziewamy się wielkich rewolucji, a nic się nie dzieje. Może to był jeden z takich momentów?

Jeszcze tego samego dnia biegła w stronę morza. Kiedy podnosiła kolejny kamień z plaży, zauważyła obok kilkuletnią dziewczynkę trzymającą głaz wielkości małego człowieka. Zadrapane lewe kolano, mokre sandały i żółta sukienka we wzory. Stała tak przytulając ten głaz do siebie i wpatrywała się w morze z zachwytem w wielkich, jasnoniebieskich oczach.

S. zawsze spoglądała z pewnym lękiem na dzieci. Myślała o tym, jak bardzo wpływ dorosłych zmieni ich patrzenie na otaczający je świat. Co pozostanie ze świeżości, ufności i odwagi, z chęci poznawania nowych miejsc, zjawisk? Lubiła z nimi rozmawiać. Proste, dawane przez dzieci odpowiedzi na jej poważne pytania, nieustannie ją zaskakiwały i utwierdzały w przekonaniu, że słów – nie tych ukształtowanych przez otoczenie, ale tych płynących z wewnętrznego ducha – nie powinno się nigdy bagatelizować.

-Księżyc, widzisz? – wyrwała dziewczynkę z zamyślenia. Mała podeszła do niej, żeby przyjrzeć się z bliska. Płaski i idealnie okrągły, wielkości talerza na zupę dla lalek. Odłożyła powoli głaz na bok i wyciągnęła z kieszeni sukienki drugi mniejszy, idealnie okrągły i gładki księżyc.

-Zobacz, ja też mam – uśmiechnęła się i wręczyła jej swój kamień – dla ciebie go znalazłam, mamo. – S. nie wiedziała czy się przesłyszała, niemożliwe przecież, mała stała zaraz obok niej. Odruchowo zaczęła się rozglądać. Wyglądało na to, że dziewczynka była tu sama. Skąd się wzięło to dziecko, czemu nie ma z nim nikogo?

-Zabierz go, od teraz masz dwa księżyce. Twój i mój. – dziewczynka z pewnością siebie wypowiadała słowa, które trafiały do zaskoczonej S.

-No dobrze, dziękuję. – S. rozumiała słowa, które do niej docierały, czuła jednak, że poza werbalnym przekazem, w gestach i całej tej sytuacji jest wiadomość, którą mała jej przekazywała. W momencie, gdy to do niej dotarło, dziewczynka bez słowa podniosła swój głaz, wróciła na miejsce, w którym poprzednio stała i ponownie zastygła w bezruchu. S. jeszcze przez chwilę przyglądała się małej z daleka, czując jakąś dziwną, niewytłumaczalną nić porozumienia. Jakby jednocześnie spotkała siebie sprzed lat i kogoś z przyszłości.

Teraźniejszość jest tylko złudzeniem, lustrem, przez które właśnie przechodzimy.

S. nie miała pojęcia, że rozmawia ze swoją córką. M. pojawiła się w jej rzeczywistości w momencie, gdy ta przestawała mieć jakikolwiek sens. Duchy mają prawo pojawić się w życiu swoich przyszłych rodziców. Nie mają jednak wpływu na to, jak będą wyglądać: czy spotkają ich w swoim przyszłym ciele, które będzie miało dwa, pięć czy też osiemnaście lat. Wówczas, na plaży, mała M. miała cztery lata, ale jej świadomość była na tyle rozwinięta, żeby zadziałać tak mocno, by jej mama nigdy nie zapomniała o tym zdarzeniu.

Następujące po tym spotkaniu wypadki sprawiły, że jej patrzenie na rzeczywistość mocno się zmieniło, chociaż, prawdę mówiąc, na pierwszy rzut oka, nie zmieniło się nic. S. obudziła się, gdy samolotem wstrząsnęły mocne turbulencje, a dziecko siedzące z rodzicami na sąsiadujących fotelach zaczęło głośno płakać. Samolot pół godziny później szczęśliwie wylądował a S. jeszcze tego samego dnia szła kamienistą plażą. Zatrzymała się i podniosła kolejny, tym razem okrągły kamień wielkości swojej dłoni. Wyglądał jak księżyc, dokładnie jak ten ze snu. Szła jednak dalej przed siebie, nie przerywając rozmowy ze swoim ojcem. Wokół było mnóstwo ludzi, wszyscy korzystali z wyjątkowo ciepłego dnia: spacerowali z psami, jedli słodkie crêpes, lub po prostu siedzieli na brzegu, wpatrując się w fale. Po prawej stronie, kątem oka zauważyła małą dziewczynkę trzymającą wielki kamień. Przystanęła na chwilę. Mała patrzyła na morze, ale gdy poczuła, że S. się na nią patrzy, skierowała na nią swój wzrok. Takie same ogromne, jasnoniebieskie oczy. Taka sama sukienka. To przecież niemożliwe – pomyślała S. i poszła dalej.

Wieczorem, po powrocie do hotelu, S. wyciągnęła z kieszeni wszystkie kamienie z plaży. Wśród nich były dwa płaskie, okrągłe kamienie. Była pewna, że jednego z nich nigdy wcześniej nie widziała. Wyjrzała przez okno.

Na niebie były dwa księżyce. Mały i duży. Unosiły się jeden obok drugiego. Zwykły, dobrze znany księżyc – bliski pełni, żółtawy. Lecz obok niego był drugi, inny. O nieznanym kształcie. Nieco nieregularny, kolor też miał trochę zielonkawy, jakby lekko porósł mchem. To właśnie przed sobą widziała.*

Od tamtej chwili wiedziała, że nie może się doczekać spotkania z M. Zasunęła rolety, a kolejnego wieczora drugiego księżyca już nie było. Do domu jednak przywiozła dwa okrągłe kamienie. Nadal leżą na jej biurku.

Keep some room in your heart for the unimaginable**

*Haruki Murakami 1Q84, część 1.

** Mary Oliver

zdjęcie

  • nawet nie wiem co napisać, bo stwierdzenie pięknie piszesz to za mało

    • 100sukienek

      nawet nie wiem co napisać, to strasznie miłe, że Ci się podoba. zarumieniłam się. :) zapraszam znowu!

  • Bardzo.

  • nienadobna.blox.pl

    „Czasami jest tak, że spodziewamy się wielkich rewolucji, a nic się nie dzieje. Może to był jeden z takich momentów?” Dobry cytat na trzynastego. dziś chyba mam właśnie taki dzień.