Nie jestem niczym – Rozdział 2

Zapach kurzu i spalin mieszał się z nieznośnie gorącym powietrzem. Takie warunki mogły oznaczać tylko jedno: kolejny dzień fali upałów i walkę o życie. 

Poprzedniego wieczora rodzice Wojtka wyjechali z miasta. Stefania po chwili dostała sms z zaproszeniem, więc było przesądzone, że noc spędzą u niego. Przestawienie łóżka w sypialni tak, by stało przy otwartym oknie, zajęło kilka minut.

– Przyniosłam wino, macie kieliszki?

– Jasne, przyniosę też korkociąg. – Wyszedł do kuchni, a ona zaczęła oglądać zdjęcia na regale. Kiedy wrócił, trzymała ramkę z fotografią z wakacji nad jeziorem. Był na niej mały chłopiec i starszy mężczyzna. Obaj siedzieli w łódce.

– Ochhh… To był super czas, jeździliśmy na ryby z dziadkiem. – Wziął od niej butelkę i otworzył wino, nalał do kieliszków.

– Dokąd jeździliście?

Położyli się obok siebie, opierając stopy o chłodny parapet.

– Dziadek trzymał swoją łódź w przystani na rzece. Pamiętam, że trzeba było zostawić auto pod lasem i przejść ścieżką wzdłuż Wisły, żeby dostać się w tamto miejsce. Miałem 4 lata i potrafiłem już łapać robaki na przynętę! – Uśmiechnęła się, przypomniały jej się wczasy w okolicach Olsztyna. – To jedno z moich lepszych wspomnień z dzieciństwa. – Odwrócił głowę w jej stronę. – A twoje?

– Najlepsze wakacje były na Mazurach. Całe lato spędzone w osadzie rybackiej. Jezioro było tak czyste, że kiedy co rano, jeszcze przed śniadaniem, przychodziliśmy jako pierwsi na plażę, raki uciekały przed nami do wody. A potem nurkowaliśmy na czas przy drewnianych balach pomostu, w które ktoś wbił milion gwoździ. I nareszcie miałam normalną bliznę na ręce, na łokciu! – Chwyciła jego dłoń żeby naprowadzić ją na ślad po cięciu – Roześmiał się.

– Wiesz, że skóra na łokciu nie boli? Krew lała się okropnie, a ja nic nie czułam!
– Jak to nie boli?!
– Zobacz, spróbuj uszczypnąć się w łokieć. – Spróbował.
– Ale z całych sił!
– Faktycznie! Nigdy na to nie zwróciłem uwagi! Skąd to wiesz? – Przysunęła się do niego i dotknęła ustami jego ucha.
– Wakacje nad jeziorem. – Wymruczała i zanim odwrócił się, żeby ją pocałować, leżała z powrotem na swoim poprzednim miejscu.
– A Ty co najlepiej wspominasz? – Potrzebował chwili, żeby sobie przypomnieć.
– Wakacje, które spędziliśmy w Danii, u ciotki Britt. To była najdziwniejsza osoba na świecie. – Ręce Stefanii i Wojtka stykały się. Kiedy opowiadał, gestykulował tak, że wszystko było widać na tle okna. Strasznie jej się to podobało. – Britt mieszkała w domu przy latarni morskiej, od lat zajmując się budowaniem latawców. Zawsze miała na sobie jasny kombinezon, który wyglądał trochę jak lotniczy. Hm… Możliwe zresztą, że był! Pierwszy mąż Britt był amerykańskim pilotem. Ale wracając… Całe dnie spędzaliśmy biegając z jej wnukami, które wcale nie mówiły po polsku. Nie wiem jak to się stało, ale dogadywaliśmy się bez problemów.

Budowanie szałasów, wyścigi kamieni na plaży, jazda na rowerach po chodniku wzdłuż brzegu, idealne lato. Pamiętam jak zbudowaliśmy ogromną fortecę. Każde z nas miało własną komnatę w zamku. W podziemnym skarbcu były zakopane największe muszle znalezione w okolicy. Wieczorem przyszedł przypływ. Obserwowaliśmy go ze wspólnego pokoju na szczycie latarni. Następnego dnia całą fortecę trzeba było budować od początku. Na pocieszenie Britt dała nam do przetestowania latawiec – byliśmy zachwyceni, ale nie potrafiliśmy go puszczać. Famke – jedna z dziewczyn – chyba w moim wieku, pobiegła po swojego tatę, który akurat przyjechał z zapasami jedzenia. Pokazał nam jak trzymać linki i kiedy biegać, żeby latawiec wznosił się z wiatrem. Pamiętam jak nam się w końcu udało go podnieść. – Wojtek zatrzymał się.

– Nie chciałeś tego powtórzyć? Pojechać tam znowu?

– Britt umarła kilka lat później. Nie wiem co się stało z domem przy latarni. Pełno w nim było osobliwych rzeczy: stare książki, naczynia o dziwnych kształtach, wielki podświetlany globus, mnóstwo staroci. Mam nadzieję, że nikt ich nie wyrzucił…

– To musiało być genialne miejsce… – Nie powiedział tego Stefanii, ale w tamtej chwili zapragnął zabrać ją tam kiedyś.

Chwilę później wpadli na pomysł, żeby następnego dnia pojechać na pchli targ. Wyruszyli o 7 rano ze swojego miasta tak, by dotrzeć do Krakowa jeszcze przed południem. Budzik bezlitośnie zadzwonił o 5:40, później 5:50, a następnie o 6:00

– O nie.. Jestem strasznie głodna – Stefania zamruczała w stronę śpiącego jak kamień Wojtka. Nie reagował. Wdrapała się więc na bezwładne ciało i położyła głowę obok jego ucha.

– Jestem gło…Wojteeek! – Jej głos był zupełnie niegotowy do rozpoczęcia dnia. Wojtek otworzył jedno oko. – Zrobimy naleśniki? – Wyobraził sobie ciepłe, miękkie, słodkie placki.

– Mmm.. Przyniesiesz mi do łóżka? – Niestety przegrał tę próbę sił. Stefania pocałowała go i zeszła z łóżka ciągnąc go za sobą.

– Nie ma mowy! Razem! Mamy pół godziny!

Odgłos trzepaczki uderzającej o metalową miskę rano o 6:05 był odczuwalny o wiele głośniej, niż w rzeczywistości. Jedynym plusem obudzenia się o tej porze był fakt, że słońce wstało całkiem niedawno i powietrze na zewnątrz było jeszcze do zniesienia.

– Mógłbyś otworzyć okno? – Przyjemny chłód wsączył się powoli do kuchni. – Gdzie trzymacie mąkę? – Stała boso obok niego, ubrana w za duży, męski t-shirt. Zauważył, że na jej lewym obojczyku znajdowało się niewielkie, nieco ciemniejsze niż skóra znamię. Jakby ktoś zostawił w tym miejscu swój odcisk palca. Ciemne włosy zmierzwione od snu, opadały na ramiona. Wyjął mąkę z górnej szafki.

– Ile potrzeba?

– Chodź, syp aż nie powiem stop – Poranne skupienie na twarzy Wojtka objawiało się tym, że robił coś z zupełnie kamienną twarzą. Stefania natomiast koncentrując się, przygryzała dolną wargę i mrużyła oczy w sposób, w jaki mrużą oczy ludzie, którym się ściągnie okulary korekcyjne. Uśmiechnął się i pocałował ją w policzek.

– Za co to? – Zapytała zauważając na jego twarzy trochę mąki.

– Za nic.

Po 15 minutach waniliowy zapach naleśników i świeżej kawy unosił się w całym mieszkaniu. Kuchnia wyglądała jakby ktoś gotował w ciemności: czarne blaty pokrywała warstwa mąki. Nie mieli czasu na sprzątanie: odciski kubków, dłoni, nóż brudny od dżemu, rozsypane ziarenka kawy, cukier. Wojtek przed wyjściem upewnił się tylko, że wyłączyli gaz.

– Trudno. – Skrzywił lekko usta. – Posprzątamy po powrocie. – Uśmiechnęła się zalotnie i stanęła na palcach, żeby być bliżej jego ucha.

– Chyba ty! – Pokręciła głową z przymrużonymi oczami.

Z wrażenia upuścił klucze, obudziło to psa sąsiadów i po chwili, schodząc już po schodach, mogliby przysiąc, że staruszka spod 5 obserwowała ich przez wizjer.

Ulice o tej porze w niedzielę były puste. Gdzieniegdzie na chodnikach można było zauważyć ostatnich gości klubów, którzy resztkami sił próbowali trafić do domu – niekoniecznie swojego. Festiwal rozchełstanych koszul i poplamionych wiśniówką spodni, spływających resztek makijażu i zupełnie zburzonych już fryzur.

Przejeżdżając przez centrum mijali ludzi, którzy zatrzymywali się w drzwiach wejściowych kamienic i całowali tak, jakby wczorajsza noc się jeszcze nie skończyła. Zza szyby samochodowej obserwowali kroki idących bardziej na boki, niż do przodu – niektórzy z nich robili zdjęcia budzącego się miasta, inni kłóciły się na moście, pozostali po prostu czekali na swój autobus, wpatrzeni nieobecnym wzrokiem w chodnik.

Parę godzin później, w Krakowie, zobaczyli tłum ludzi szurających butami o asfalt. Krzywe płyty chodnikowe był jak lepka, gęsta maź, w której Stefania nie miała najmniejszej ochoty przebywać. Kiedy zbliżali się do Hali Targowej, ścisnęła trochę mocniej rękę Wojtka.

– Wszystko w porządku? – Popatrzył na nią, zwalniając kroku.

– Nie wiem… Strasznie tam ciasno. – Wyglądała na przestraszoną, drżał jej głos. – Obiecujesz, że nie będziemy tutaj długo? – Czuła się bezsilna, nie potrafiła tego opanować.

– Obiecuję. I później pójdziemy nad rzekę. – Wstrzymał oddech zanim na dobre zanurzyli się w tłumie.

Najpierw minęli dwóch starszych mężczyzn dyskutujących nad stoiskiem z orderami.

– Stasiu, ale nie krzycz! – usłyszeli piskliwy głos niskiej staruszki. Stała obok przygarbionego dziadka, który właśnie sięgał za ucho, żeby podregulować aparat słuchowy.

– No już, już…

Przeciskali się przez stragany ze starymi książkami, między kwiatami, które skupiona na wiązaniu bukietu staruszka zerwała na działce za miastem. Minęli meble z PRL-u, wyglądające jak te z czarno-białych zdjęć z młodości rodziców i stoiska z poszarzałą od kurzu kolekcją figurek z porcelany – niektóre z nich były podobne do figurek, które w podstawówce zbierała Stefania.

Niewiele rzeczy naprawdę przykuwało ich uwagę na dłużej. Zresztą, masa, której byli częścią, narzucała tempo, zobowiązujące do powolnego poruszania się w z góry wyznaczonym kierunku. Na końcu hali, gdzieś między wyrobami ze szkła, a starymi świecznikami z brązu, natrafili na mapę. Wojtek puścił rękę Stefanii i w skupieniu nachylił się w stronę mapy w czarnej, oszklonej ramię, opartej o uchwyt ogromnego parasola.

– Bierze pan? Z taką ładną dziewcziną, to będzie miał pan po taniości! – Mrugnął rozbrajająco. – No i wystarczy na czekoladę dla panienki!

Sprzedawca wyglądał na typowego osiedlowego zbieracza-gawędziarza: lekka łysina, kilkudniowy zarost, papieros między zębami. Z każdym słowem na kremową koszulę w paski i stary, brązowy krawat w niebieską kratę opadał popiół tytoniu.

– To autentyk, drogi panie. Dostałem ją w osiemdziesiątym czecim. Pamiątka po wujku z Danii. – Mrugnął ponownie, a papieros prawie wypadł mu z ust.

Uśmiechnęła się, mimo, że przesuwający się tłum naciskał na jej plecy. Słońce nieznośnie opierało się na twarzy, szyi, dekolcie… Wyobraź sobie, że jesteś na pustej łące – pomyślała i przymknęła oczy. Pionowa zmarszczka, która zwykle pojawiała się między jej ciemnymi brwiami w sytuacjach napięcia, zaczęła się wygładzać. Wojtek odwrócił się. Stefania stała ostrożnie oparta o stoisko, z lekkim uśmiechem, zupełnie zrelaksowana. Uwielbiał tę dziewczynę: jej ciemne, falujące włosy, ogromne granatowe oczy, kilkanaście piegów na policzkach. Nigdy nie powiedział jej, że cyfra, którą zanotował na serwetce podczas ich pierwszej randki, odpowiadała ilości piegów na jej twarzy. Przysunął ją do siebie i pocałował w skroń.

– No dobra, bierzemy tę mapę. Może pan zapakować? – Mężczyzna kilkoma zgrabnymi ruchami owinął ramę w szary papier, a następnie podał Wojtkowi, jakimś cudem unikając przewrócenia kryształowych wazonów, które stały na jego straganie.

– Proszę bardzo, niech wam służy! – Powiedział podekscytowany przypływem gotówki.

Oboje skierowali się w stronę bulwarów. Wojtek torował drogę, trzymając w jednej ręce ramę z mapą Kopenhagi, a w drugiej dłoń dziewczyny.

***

Szaro-niebieskie ściany wprowadzały chłodny nastrój w pokoju. Za oknem było już prawie zupełnie ciemno – latarnie na zewnątrz paliły się od jakichś 15 minut. Stefania włączyła stojącą na biurku lampkę. Żółte światło ułożyło się w zielonkawą plamę. Tuż nad nią, w czarno-białej ramie wisiała mapa Kopenhagi.

Przypomniała sobie moment, kiedy kupili ją na niedzielnym targu staroci w Krakowie, na początku bycia razem. To była ich pierwsza wspólna wakacyjna wycieczka.

Dźwięk przekręcanych kluczy w zamku wyrwał ją z zamyślenia. Po chwili Wojtek, zaskoczony, wszedł do pokoju. Podeszła do niego i przyciągnęła mocno. Nie zdążył wypowiedzieć żadnego słowa, zamknęła mu usta swoimi.

– Heej! Myślałem, że jesteś u siebie! – Nie pozwoliła mu dokończyć. Wiedziała, że zastanawiał się dlaczego jej nie ma przy Helenie. Nie przygotowała się jeszcze do odpowiedzi na to pytanie.

– Twój tata mnie wpuścił, pojechał coś załatwić do miasta, a później idą na kolację z twoją mamą. Zaproponowałam, że poczekam na ciebie tutaj. Za dwie godziny i tak idziemy przecież do Michała i Anki. – Kiedy odkładał klucze na biurko, zauważyła ciemną, zaschniętą plamę krwi na jego szyi.

– Potrzebuję trochę czasu, żeby się ogarnąć. Nie wolisz, żebyśmy spotkali się na miejscu?

Nie powiedział tego Stefanii, ale nie za bardzo chciało mu się gdziekolwiek wychodzić. Zignorowała jego sugestię i chwyciła go za rękę. Szedł za nią nie opierając się. Po chwili w łazience, z odkręconych kurków płynęła już woda na kąpiel, a w jego oczach odbijało się miękkie światło. Powoli rozpuściła włosy. Przejechał po nich dłonią. Były miękkie i lśniące. Przez cały ten czas nie padło z ich ust ani jedno słowo. Usiadł na brzegu wanny i przybliżył dziewczynę tak, że jego nos znalazł się w miejscu za lewym uchem, na styku linii włosów i szyi. Pachniała naleśnikami. Nie miał ochoty wypuszczać jej z rąk.

– Wejdź ze mną. – Odchyliła się i rozpięła mu koszulę pokrytą śladami krwi Heleny.

Rozbierała go powoli, uważnie obserwując każdy ruch ciała. Zamknęła oczy. Skóra Wojtka pachniała perfumami i szpitalem. Pod swoimi palcami szukał jej ramion, szyi. Wszystko wydawało się dziać w zwolnionym tempie: oboje stali się odtwórcami miarowo rozplanowanej gry oddechów, dotyku, dźwięków.

W tym momencie usłyszeli lekkie szurnięcie łapy o drzwi. Stefania wstrzymała oddech. Szurnięcie się powtórzyło.

– O nie, Zygmunt… – Powiedział szeptem Wojtek. Odetchnęła. Pocałowała go w policzek. – Weź kąpiel, zaczekam w pokoju. Wysłałam im smsa, że nas dziś nie będzie. – Chwycił jej dłoń i przycisnął ją do swoich ust.

– Dziękuję. – Zmarszczyła brwi, pocałowała go w czoło i zamknęła za sobą łazienkę, tak, żeby kot nie przedostał się do środka.

Światło, po otwarciu drzwi ułożyło się smugą na pustym, czarnym korytarzu. Wojtek zauważył Zygmunta patrzącego z ciemnego miejsca przy drzwiach w chwili, w której podnosił z podłogi koronkową sukienkę Stefanii. Pachniała jej skórą. Sąsiadka znowu głośno słuchała Schumanna. Rozpoznał fragment koncertu na fortepian, którego sam uczył się kiedyś grać. Uchylił drzwi pokoju.

Bielizna leżała porzucona przy łóżku, buty przy szafie po lewej. Przy biurku, na prawo od zasłoniętego okna, siedziała Stefania czytająca nago książkę. Nie widział jej twarzy, jedynie zarys sylwetki. Światło lampki tworzyło półmrok. Rozpuszczone już wcześniej włosy sięgały do miękkich piersi. Położył chłodną dłoń na jej plecach i poczuł, jak idealnie gładką powierzchnię niemal natychmiast pokryła gęsia skórka. Gdyby przybliżyć do niej szkło powiększające, można by było zobaczyć delikatne włoski podnoszące się jednocześnie, jakby ktoś przyłożył naelektryzowany balon do swetra. Stefania nie odrywając wzroku od książki położyła rękę na jego plecach. Pod opuszkami palców dało się wyczuć jeszcze wilgotną od kąpieli skórę. Poczekał aż doczytała do końca kartki. Z góry widział fragment Ostatniej Rundy Cortazara:

Kocham cię przez brew, przez włos, walczę z tobą

w mlecznobiałych korytarzach,

gdzie igrają źródła światła,

wyłuskuję cię z każdego imienia, chwytam cię

z wrażliwością blizny,

sypię ci na włosy popiół błyskawic i wstążki

drzemiące w deszczu.

Nie chcę byś miała kształt, byś była dokładnie tym,

co idzie za twą ręką,

bo woda, weź pod uwagę wodę i lwy, rozpływające się

w cukrze bajki,

i gesty, tę architekturę nicości,

zapalającą swe lampy w połowie spotkania.

Wszelkie jutro jest tablicą, na której cię wymyślam

i rysuję,

gotów zaraz cię zatrzeć, nie jesteś taka ani nie masz

gładkich włosów,

ani tego uśmiechu.

Szukam twej sumy, brzegu kieliszka, gdzie wino

również jest księżycem i lustrem,

szukam tej linii, od której zadrży człowiek

w galerii obrazów.

W dodatku kocham cię, i od dawna, i jest zimno*

Stefania zamknęła książkę i popatrzyła na Wojtka. Sekundę później szkło ramy zawieszonej nad biurkiem odbiło kawałek jej nagich pleców, na których natychmiast pojawiły się męskie dłonie. Oddychali równo, w stale rosnącym tempie. Cienie ich sylwetek, znajdujące się na wysokości regałów wypełnionych książkami, z każdym taktem przemieszczały się coraz niżej. W końcu osiadły rytmicznie na poziomie oszklonych ram, których Wojtek jeszcze nie zdążył powiesić. Chusta, którą zostawił rano na ramie łóżka, mocno ściskała nadgarstki dziewczyny. Drobne dłonie, które jeszcze przed chwilą stawiały opór, by choć przez chwilę chwycić go mocno, teraz leżały spokojnie, odprężone.

Wojtek podniósł głowę z jej piersi i sięgnął po papierosa. Po chwili dym uniósł się nad głowami obojga. Leżeli stykając się ramionami, tak jak kiedyś, latem. Oddechy stawały się coraz spokojniejsze.

– To moja ulubiona książka Cortazara, wiesz? – Uśmiechnął się w jej stronę.

– Nie wiedziałam, chwyciłam ją czekając na ciebie, otworzyłam w przypadkowym miejscu i nie mogłam się oderwać. – Wziął głęboki oddech i zgasił papierosa.

Muzyka na górze ucichła. W tym samym momencie usłyszeli Zygmunta, który chciał dostać się do środka.

– Ubiorę się. – Stefania wstała z łóżka i podniosła sukienkę. Chłopak wpuścił do pokoju kota, który natychmiast usiadł na środku pogniecionej pościeli, przyglądając im się w ciszy.

– A więc wygląda na to, że poznałeś Helenę, hm? – Zakładała właśnie sukienkę, obrócona tyłem do Wojtka. Pomógł zasunąć zamek na plecach. Uśmiechnął się na imię jej siostry.

– Tak, można powiedzieć, że poznaliśmy się i to w dosyć ekstremalnych warunkach. – Stefania usiadła na krawędzi łóżka i szukała czegoś w torebce.

– Co o niej myślisz? – Wyciągnęła szczotkę i układała włosy, kiedy on zapinał koszulę.

– Nie mieliśmy czasu, żeby rozmawiać, Helena wydaje się być spokojna, przenikliwa, ostrożna.

– Ostrożna! Przecież właśnie uratowałeś jej życie, bo nieostrożnie zraniła się w rękę! – Wstrzymała oddech. – Bardzo źle to wyglądało?

– Tak, kilkanaście szwów, musieli jej podpiąć jakieś kroplówki, bo zemdlała. Właściwie to jestem zdziwiony, że nie było cię, nie byłaś ciekawa? – Oczywiście, że była ciekawa. Tylko sama myśl o wycieczce do szpitala, czy choćby wejście do domu, w którym było morze krwi sprawiały, że czuła się sparaliżowana.

– B..Byłam, jestem, tylko… Boję się szpitali. – Wojtek przytulił ją i pocałował w czoło.

– Jestem beznadziejna, wiem…

Zanim zdążył odpowiedzieć, dźwięk klucza w zamku spłoszył Zygmunta, który w pół sekundy schował się za biurkiem.

***

Rozdział 1

Zdjęcie

* Ostatnia runda, J. Cortazar. Wydawnictwo Muza, Warszawa 2003, str.162 

  • Monika Dąbrowska

    Ciekawe ile osób uszczypnie się w łokieć ;) czekam na więcej 😘

    • haha :D uściski! kolejna część już wkrótce :)