Nie jestem niczym – Rozdział 3

Kiedy cicho przekroczyła próg domu, było już około północy. Rodzice nie spali – w głębi korytarza zauważyła niebieskie światła włączonego telewizora. Stefania minęła drzwi do pokoju siostry i otworzyła bezszelestnie drugie, prowadzące do jej sypialni. Stopy z ulgą poruszały się po miękkim dywanie. W ciemności przebrała się w dres, rzucając sukienkę na fotel. Wychodząc do kuchni po herbatę, zaświeciła za sobą lampkę nocną.

– Długo cię nie było. – Nie odwróciła się na cichy głos ojca za plecami.

Mogłaby z pamięci powiedzieć, że miał na sobie szarą piżamę w bordowe paski i granatowe kapcie, które dostał od mamy na gwiazdkę. Był wysoki, szczupły. Gdyby nie zupełnie już siwe włosy, można by było powiedzieć, że jest niewiele starszy od swoich córek. Na co dzień nosił okulary i – jak twierdziła babcia Grażyna – miał dłonie pianisty. Na jego nieszczęście, zupełnie brak było mu poczucia rytmu, w przeciwnym wypadku z pewnością zrobiłby karierę muzyczną.

– Wyglądało to nieciekawie jak weszliśmy z mamą do domu… – Kontynuował. Wiedziała, że nie było sensu mu przerywać – i tak by nie przestał mówić.

Tata był jednym z tych ludzi, którzy potrafili mówić bez przerwy, zwłaszcza, kiedy temat był dla niego wystarczająco wciągający. Stefania w milczeniu czekała na gotującą się wodę, z całych sił starając się skupić na kształcie kubka, w którym leżała torebka z suszem. Tylko dzięki temu docierały do niej jedynie szczątkowe informacje.

– … We krwi. Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Poirytowany ojciec podszedł bliżej dziewczyny i sięgnął po kubek stojący na blacie. Zalał dwie łyżki cukru i torebkę z melisą resztką wrzątku z czajnika.

– Słucham. – Zerknęła na niego, żeby się nie denerwował. – Jak ona się czuje? – Prawie niezauważalnie pokręcił głową przymykając oczy.

– Teraz śpi. – W jego głosie dało się odczuć chłód, wydało jej się to zaskakujące. Wzięła głęboki oddech.

– Jest już późno, może my też już powinniśmy pójść spać, hm?

– Tak. – Westchnął ze zrezygnowaniem. – Dobranoc.

– Dobranoc. – Poczekała aż ojciec wyjdzie pierwszy.

Słysząc dźwięk zamykających się drzwi sypialni rodziców, chwyciła swój kubek i powoli ruszyła przed siebie. Klamka do pokoju Heleny zaskrzypiała nieznośnie pod naciskiem dłoni. Dziewczyna spała, trzymając na kołdrze owiniętą bandażem rękę. Światła latarni wpadające przez odsłonięte okno sprawiały, że pokój wydawał się wyższy i bardziej przestronny – wyglądał raczej na komnatę księżniczki w wieży, niż sypialnię dziewczyny z przeciętnej wielkości miasta. Wysokie ściany pokryte portretami namalowanymi przez Helenę w liceum plastycznym, kontrastowały z białymi regałami pełnymi książek, które ułożono według kolorów.

– No to już jest natręctwo, nie sądzisz? – Skomentowała kiedyś Stefania, patrząc na siostrę segregującą książki w kolorystyczne stosy na podłodze.

– Może… – Helena uśmiechnęła się.

– Ubrania też tak układasz? – Podeszła do lustrzanych drzwi od szafy.

– Nie, tylko książki! Nie grzeb w moich rzeczach! – Stefania oczywiście nie posłuchała.

W środku panował ścisk. Od lewej wisiały sukienki – po kilka sztuk na jednym wieszaku. Delikatne tkaniny, koronki, falbanki i kropki poupychane były na przemian z cięższymi rzeczami na chłodniejsze dni. Po prawej przy samym brzegu, wisiały wełniane swetry na guziki i zamotane wokół metalowego zaczepu wszystkie kolorowe chusty. Helena nigdy nie lubiła swoich długich rąk i nóg. Miała problem z kupowaniem koszul – zwykle były za krótkie. Tak samo było ze spodniami. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem stanowiły sukienki, w których chodziła przez cały rok, prawie zawsze przewiązując je w talii starym paskiem, znalezionym dawno temu w domu ukochanego dziadka. Część z rzeczy spadła na dno szafy, przykrywając kilka par eleganckich butów na specjalne okazje.

– O, rany! – Śmiech Stefanii odbił się od ściany ubrań, kiedy Helena przewracała oczami zza stosu książek w żółtych i zielonych okładkach.

– Zapamiętuję wygląd okładek, tylko dzięki temu jestem w stanie odszukać dany tytuł o wiele szybciej, niż jakbym miała wszystko ułożone tematycznie, czy według autorów.

– Ale widzę, że z ubraniami nie masz tego problemu!

Do rzeczywistości Stefanię przywrócił dźwięk przejeżdżającego za oknem samochodu. Jego światła wprawiły w ruch całe pomieszczenie: regały obok łóżka wyglądały, jakby miały zaraz się przewrócić, a nogi fotela w rogu, rozciągnęły się tak, że sięgały do połowy dywanu ustawionego na środku sypialni.

Przypomniało jej się jak kiedyś, kiedy jeszcze dzieliły ze sobą pokój, lubiły kłaść się na puchatym chodniku pod oknem i trzymać stopy na ciepłym kaloryferze. Czytały na głos fragmenty książek ze szkoły. Stefania – starsza od rok od Heleny – czytała płynniej i szybciej od siostry. Helena nie lubiła tego, bo sama czuła, że nie nadąża z nauką, że nie potrafi.

– Możesz się nie wymądrzać? – Przerywała Stefanii, która na złość przyspieszała tempo.

– Wcale się nie wymądrzam! Jak będziesz starsza, to też może będziesz umiała czytać jak ja! – Argument wieku był nie do przebicia, więc Helena zrezygnowana przysłuchiwała się popisom siostry.

Prawda jednak była taka, że Stefania wcale nie potrafiła szybko czytać. Uczyła się ulubionych fragmentów i cytowała je z pamięci, udając, że przychodzi jej to z łatwością. Helena natomiast, starając się jej dorównać, coraz bardziej uparcie sięgała po książki, które Stefania przynosiła do domu. Wkrótce więc lalki i pluszaki, które zajmowały regał pod ścianą, zaczęły być zastępowane przez układane według kolorów okładki.

Helena poruszyła się lekko w łóżku. Otworzyła oczy i ostrożnie się podniosła, opierając na łokciu. Stefania odruchowo wstrzymała oddech i zrobiła krok do tyłu.

– Co tu robisz?

– N… Patrzyłam czy u ciebie wszystko w porządku. – Zauważyła grymas bólu na twarzy siostry.

– Lek przestał działać. Podasz mi? – W głosie Heleny dało się odczuć osłabienie. – Powinien być na biurku. – Stefania położyła na blacie kubek z herbatą.

– Jedną tabletkę? – Obróciła się w stronę Heleny. Ta skinęła głową. – Weź moją herbatę, dopiero zrobiłam.

Siedziała przy niej w milczeniu, dopóki leki nie zaczęły działać. Ciekawiło ją co się działo u Heleny. Nie potrafiła jednak w żaden sposób tego wyrazić, nie potrafiła też zapytać. Bo co miałaby powiedzieć? Co u ciebie? Przecież mieszkała w pokoju obok. Każde zdanie wydawało się być albo zbyt niepoważne, albo za bardzo pretensjonalne. Najłatwiej było milczeć, unikać towarzystwa. Czemu tak się działo? Nie miała pojęcia. Mimo, że przez całe życie były obok siebie, nigdy nie było tak naprawdę blisko. Wszelkie próby komunikacji kończyły się spektaklem niezręczności.

Wyszła z pokoju, kiedy zauważyła, że oddech Heleny zupełnie się uspokoił. Długo nie mogła zasnąć. Próbowała czytać, medytować, w końcu wzięła prysznic, jak najciszej – tak, by nikogo już nie obudzić. Kiedy skończyła, w domu panował zupełny spokój. Jedyne źródło światła – to przy jej łóżku – zostało za zamkniętymi drzwiami do sypialni. Przemknęła się do siebie i weszła pod kołdrę, gasząc lampkę. Kilka minut później zasnęła.

Rano Stefanię obudziły dźwięki rozmowy. Rodzice krzątali się po kuchni, przygotowując niedzielne śniadanie. Jeden z niewielu rodzinnych rytuałów. Odkąd pamiętała, tata wstawał przed wszystkimi i szedł po gazety i po pieczywo do osiedlowej piekarni. Był doskonałym kucharzem. Kiedyś, gdy Helena ze Stefanią były małe, ojciec sadzał je obok siebie na blacie kuchennym. Obserwowały jak kroił paprykę, pomidory, cebulę. Patrzyły jak podsmażał wszystkie składniki, przyprawiał sos i wbijał do niego jajka.

– Czaaas start! – Piskliwy głos Heleny oznajmiał moment, kiedy przychodziła kolej na pomoc dziewczynek.

Zeskakiwały z blatu i kiedy jedna wyciągała z szafki talerze, a z szuflady sztućce, druga kładła na środku starego drewnianego stołu metalową kratkę, na której tata stawiał naczynie z pachnącym daniem. Następnie na stole lądował koszyk ze świeżymi bułkami z piekarni na placu. Mama w tym czasie rozlewała do szklanek herbatę z sokiem cytrynowym z plastikowej butelki.

Przez lata wiele rzeczy się zmieniało, ale dom – dla nich wszystkich – oznaczał wspólne niedzielne śniadania.
Stefania stanęła w progu kuchni i przez chwilę obserwowała rodziców. Ojciec kroił warzywa, a mama czytała gazetę.

– Cześć, jesz z nami? – Tata sięgał do lodówki po jajka. Skinęła głową, siadając obok matki.

– Jak nasza pacjentka? Jeszcze się nie obudziła?

– Nie, zaglądałam do niej chwilę temu – Mama podniosła wzrok znad gazety, sięgając po kawę. Jedna łyżeczka miodu i jedna trzecia filiżanki mleka – zawsze te same proporcje, ten sam smak.

– Rany… Nawet nie wiesz ile tu było krwi. Zużyłem całą butelkę płynu, żeby nie było czuć, wiesz… – Stefania przełknęła ślinę.

Doskonale wiedziała o czym mówił ojciec. Oboje nie znosili metalicznego zapachu krwi. Był trudny do zamaskowania. Przypomniało jej się, jak w dzieciństwie, w lecie wszystkie dzieci liczyły ślady po ukąszeniach przez komary. Rany swędziały strasznie i często było tak, że zasklepione miejsca trzeba było rozdrapywać nawet kilkukrotnie. To, co najbardziej ją wtedy uderzało, to zapach krwi zasychającej na słońcu – tak intensywny, że czuła go w ustach. Zapach, od którego robiło jej się słabo.

– Co właściwie się stało? Czym się tak zraniła? – Czuła, że nie wypada nie zapytać.

– Nie wiemy, twierdzi, że to ta duża puszka po pomidorach, ale tata ma wątpliwości.

– Co? – Obydwie spojrzały w jego stronę. – Ale jak to?

– Nie wiem, wydaje mi się to dziwne po prostu, podejrzane. – Przekroił na pół czerwoną paprykę. Stefania wstała, żeby nalać sobie soku.

– Nie rozumiem – powiedziała cicho – dlaczego miałaby nie mówić prawdy.

Przez kolejne 10 sekund w kuchni było słychać tylko dźwięk noża uderzającego o drewnianą deskę.

– Myślimy z ojcem, że zrobiła to celowo.

Zdanie zawisło nad ich trójką. Stefania instynktownie obróciła się w stronę wejścia do kuchni. W progu stała Helena. Miała na sobie niebieską piżamę i krótki frotowy szlafrok. Z rękawa wystawała zawinięta dłoń.

– Nie przeszkadzajcie sobie. – Podeszła do lodówki po butelkę z wodą.

Atmosfera była tak gęsta, że można było ją kroić nożem. W milczeniu, czując na sobie spojrzenia całej trójki, Helena sięgnęła zabandażowaną ręką po kubek, który po sekundzie roztłukł się na podłodze, przerywając nieznośną ciszę. Matka poderwała się z krzesła.

– Załóż pantofle. Nie będziemy cię wozić po szpitalach! – Rozkazała. Helena popatrzyła na nią tak, że tamta zbladła.

Stojąc za zatrzaśniętymi drzwiami od sypialni pomyślała, że gdyby mogła, zaciskałaby z całych sił obie pięści.

– Nie wytrzymam. – Wycedziła wściekła, sama do siebie, otwierając drzwi szafy. Czuła, że w środku krzyczy na cały głos. Mogłaby przysiąc, że od tego krzyku drapie ją w gardle. Wyciągnęła szarą sukienkę i sweter z luźnymi rękawami. Była roztrzęsiona, wściekła, że w takiej sytuacji nie mogła liczyć na wsparcie. Wsparcie rodziny, które na każdym kroku przecież podkreślali: że najważniejsze, że najbardziej się liczy, że wszystko inne niczego nie jest warte. Te zasady były jak mantra rodziny sycylijskiej mafii, czy mogła w nie kiedykolwiek wątpić? Nigdy nie przyszło jej to do głowy – do teraz. Teraz zdała sobie sprawę, że tam – za ścianą, siedziały trzy obce jej osoby. Trójka ludzi, którzy byli jej bliscy tylko wtedy, kiedy niczego od nich nie potrzebowała.

Ubrała się najszybciej jak mogła, spakowała torebkę: telefon, chusteczki, wodę, leki i portfel. Założyła buty i wyszła na korytarz. W kuchni było cicho, zapach niedzielnej szakszuki mieszał się z aromatem kawy. Ojciec, matka i Stefania porozumiewali się półsłówkami, siedząc przy stole i powoli przeżuwając śniadanie.

– Dobrze, niech myślą. – Przeszło jej przez głowę. Ktoś posprzątał z podłogi kawałki kubka. Mimo, że Helena sama czuła się jak potłuczona ceramiczna figurka, w kuchni wszystko wyglądało tak, jakby do niczego przed chwilą nie doszło. Słońce wpadające do pomieszczenia budowało niemal radosną atmosferę. Wnętrze było prawie idealnie ciche – gdyby wyjąć z niego ludzi, słychać byłoby urywki audycji radiowej, granej trochę za głośno przez sąsiadów z góry, gdzieś w tle, za mgłą.

Stefania siedziała tyłem do wejścia. Matka była ustawiona bokiem, powoli grzebała w talerzu ze śniadaniem, udając, że wszystko w porządku. Kątem oka musiała zobaczyć Helenę, bo na sekundę zesztywniała. Nic więcej jednak nie zrobiła. Żadnego gestu, słowa. Ojciec nie podnosił wzroku znad talerza, był przygnębiony. Dziewczyna przez chwilę myślała, że może jednak przesadziła z tą nagłą reakcją. Może nie powinna dawać im do zrozumienia, że słyszała rozmowę, może stłuczenie kubka to było za dużo? Co, jeśli niepotrzebnie uniosła się i zezłościła? Co, gdy tak naprawdę martwili się o nią, o jej zdrowie? Może po prostu nie potrafili tego okazać?

Całe życie budowano w niej świadomość przynależności. Wiedziała, że jest częścią. Wszystko, co mieli razem było jak ciepła, bezpieczna, wełniana przędza, która otulała ją przez całe dzieciństwo, a potem dorosłe już życie. Uświadomiła sobie jednak, że od miesięcy, właściwie od lat coś jej w tym zgrzytało. Zachowanie rodziny wskazywało na to, że nie pasowała do ich wyobrażeń, nie spełniała oczekiwań. Czuła się jak jakaś maszyna, która po prostu wykonuje z góry narzucony plan. Zagryzła zęby, wiedząc, że musi się stamtąd wydostać. Wzięła głęboki oddech, chwyciła klucze i chwiejnym krokiem wyszła z mieszkania.

Wielokrotnie słyszała, że ludzie zazdrościli jej prostego życia. Że jest utalentowana, piękna, otoczona przez rodzinę. Ktoś – nawet nie była w stanie przypomnieć sobie kto – kazał jej kiedyś wierzyć, że nie ma prawa do tego, żeby ją cokolwiek bolało, przecież nie było na co narzekać. Ból tłumiła tak mocno, że nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Rana pod bandażem pulsowała w rytm kroków, przypominając jej o swoim istnieniu. W momencie, kiedy puszka z pomidorami faktycznie przez przypadek skaleczyła jej rękę, Helena odruchowo odsunęła dłoń. Szybko jednak ponownie nacisnęła nią na metalową przykrywkę. Mocniej, do samego mięsa. Aż w końcu czuła, że ten ból jej się nie wydaje. Że jest namacalny. Nikt nie był w stanie jej tego odebrać.

Teraz, kiedy szła po schodach, czuła jak jej ciało, oddalając się od domu, rozciąga nitki ciepłej rodzinnej otuliny i delikatna sieć z każdym pokonanym krokiem, sukcesywnie się zrywa. Mimo napięcia niemal wszystkich mięśni, do jej świadomości powoli wsączała się przyjemna myśl o niezależności i buncie.

 

Rozdział 1

Rozdział 2