Nie jestem niczym – Rozdział 4

Niedaleko placu, przy którym znajdowała się piekarnia, Helena poczuła, że leki zupełnie przestają działać. Serce biło tak, jakby właśnie przebiegła maraton, a przecież przeszła może jakieś 200 metrów.

Ciało pod bandażami zamieniło się w pulsującą lawę. Usiadła na najbliższej ławce i zacisnęła spierzchnięte usta, biorąc nosem powolny, głęboki oddech. Ktoś zastąpił powietrze nad placem, wszystko sprawiało wrażenie skąpanego w gęstej mazi. Zmrużyła oczy: z każdym ruchem przechodzących ludzi, czy przelatujących ptaków, maź przybierała dziwne kształty. Helena usłyszała bicie swojego serca.

– Tabletki, rany… – Sięgnęła do torebki. Niewielkie szklane opakowanie z ratunkiem.

Włożyła rękę drugi raz, na dnie była butelka z wodą. Spróbowała ją odkręcić, ale nie udało się. Nienawidziła przełykać tabletek. Jeśli pamięć jej nie myliła, to już jako czterolatka miała z tym problem. A raczej problem mieli wszyscy dorośli wokół niej.

– Cholera!

– Pomóc ci? – Odwróciła głowę w stronę męskiego głosu.

– Chyba nie mam wyjścia – Westchnęła, kiedy chłopak otwierał butelkę. Wyciągnął drugą rękę po opakowanie tabletek.

– Ile wyciągnąć? – Usiadł na ławce obok niej i nachylił się nad otwartą dłonią.

– Dwie. Jeszcze dziś nie brałam.

Nie miała pojęcia skąd Maciek wiedział, że potrzebowała go akurat teraz. Nie napisała mu wiadomości, po prostu przyszła na plac, a on się tam zjawił.

Oczywiście nie powiedział jej, że poprzedniego dnia czuł ogromny niepokój. Wiadomym jest, że intuicję posiadają przecież tylko kobiety, więc nawet nie chciał mówić tego na głos, bo pewnie Helena by go wyśmiała.

Podchodząc do niej, pochylonej nad torebką, przypomniał sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją podczas studiów. Siedziała przed salą do geografii, gdy przyszedł na zaliczenie z historii sztuki. Jego profesor z uczelni miał dyżur w liceum Heleny. Maciek minął właśnie napis “Jusz wjosna” napisany niebieskim markerem, kiedy dziewczyna zakreślała coś w zeszycie. Skupiona na notatkach, nawet nie zwróciła na niego uwagi.

– Hej, wiesz może gdzie jest sala 127? – Spięte włosy, jeansy, biała koszulka z napisem “Holidays”. Maciek wytrącił ją z przygotowywania do czegoś ważnego – dziewczyna zmarszczyła brwi, jakby nie dosłyszała.

– Jaki numer? – Nigdy wcześniej nie widział takich oczu.

– 127

Miał na sobie trochę za krótkie spodnie i szary t-shirt. To był pierwszy raz, kiedy wkurzył się na siebie, że już kolejny tydzień odkładał wizytę u fryzjera.

Helena powiedziała mu gdzie pójść, ale zapomniał na chwilę o zaliczeniu, jedyne czego potrzebował w tamtym momencie, to dowiedzieć się jak dziewczyna ma na imię.

– Czego się uczysz? – Nie mógł wymyślić mądrzejszego pytania. Za mało czasu.

– Na kartkówkę z podziału map.

– Przepytać cię? – Maciek pomyślał, że czasem miło jest samemu zaskoczyć siebie własnym refleksem.

– O, nie spieszyłeś się? – Echo jej głosu poniosło się po pustym korytarzu. Chłopak zerknął na zegarek.

– Mam jeszcze 15 minut.

Nie miał. W sali czekał na niego zniecierpliwiony profesor i chłopak strasznie się wtedy spóźnił. Przez to poszło mu bardzo słabo, bo zostało już niewiele czasu do końca dyżuru, ale w tamtym momencie nie było niczego ważniejszego od tej dziewczyny.

Teraz, kilka lat później siedział obok niej i nadal było naprawdę niewiele rzeczy, które mogłyby odwrócić jego uwagę.

– Wyglądasz blado. Co się stało?

Czuła, że jedna z tabletek przykleiła się do przełyku. Wzięła kolejny haust wody i chłodny napój powoli spłukiwał zakotwiczony w gardle lek. Zamknęła oczy. Nie wiedziała od czego zacząć, Maciek był jej na tyle bliski, że po kilku latach znajomości mogła powiedzieć mu wszystko. Coś ją jednak powstrzymywało.

– Przez przypadek paskudnie rozcięłam sobie rękę.

– Byłaś w domu sama?

– Tak… Ale niedługo po tym jak to się stało, ktoś zadzwonił do drzwi. Okazało się, że to Wojtek od Stefanii. Zabrał mnie na pogotowie. Na szczęście miał ze sobą samochód. – Między brwiami Maćka pojawiła się zmarszczka.

– Co powiedział lekarz?

– Że straciłam dużo krwi no i jeśli wszystko zrobili dobrze, to powinnam mieć pełną władzę w dłoni. Niestety ścięgna się ponacinały, więc musieli się trochę nagimnastykować, żeby mi to zszyć. – Kiedy wypowiadała te słowa, czuła pod bandażem mrowienie. Jakby rana wiedziała, że o niej mówili. Helena wzięła oddech i powoli wypuszczała z siebie powietrze.

– A teraz? Co ty w ogóle tutaj robisz o tej porze?

– Uciekłam. – W momencie, kiedy to powiedziała, dotarło do niej, że to najprawdziwsza myśl od bardzo dawna.

– Jak to uciekłaś? Przed czym?

Przeszło mu przez myśl, że trochę przesadził z tym pytaniem. Może nie powinien być aż tak natarczywy? Z drugiej strony, wiedział, że ona zawsze wszystko kryła w sobie. Chciał, żeby wiedziała, że może do niego przyjść z każdym problemem.

Wzięła oddech, jakby chciała zawrócić swoje słowa, myśli.

– Właśnie to sobie uświadomiłam. Uciekłam. – Powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.

– Słowa się już wypowiedziały. – Popatrzyła na niego przestraszona, zmieszana.

– Wkurzyłam się. Rozmawiali o mnie za moimi plecami, kiedy myśleli, że śpię. Knuli przy śniadaniu. Nie mieli prawa mnie osądzać.

– Osądzać? Co usłyszałaś? – Helena wzięła jeszcze jeden łyk wody.

– Podejrzewają, że celowo skaleczyłam się w rękę. – Nie miała pojęcia co powstrzymało ją przed powiedzeniem Maćkowi prawdy. Obiecała sobie jednak, że nie będzie już robić niczego wbrew sobie.

– I jak zareagowałaś? Co zrobiłaś?

– Stałam w progu, kiedy o tym rozmawiali. Zauważyli mnie jak już wszystko zostało powiedziane. Rzuciłam, żeby sobie nie przeszkadzali i niedługo potem wyszłam z domu.

Maciek pomyślał, jak bardzo zmieniła się od czasów, kiedy spotkał ją na szkolnym korytarzu. Teraz wydawało mu się, że jest zupełnie inną osobą. Mimo, że w tym momencie Helena była bardzo osłabiona, czuł, że jest w niej mnóstwo siły. Jak gdyby ktoś w jej ciele zamknął chińską terakotową armię. Był trochę zły na siebie, że nie zawsze potrafił przy niej zachować się tak, by nie było niezręcznej ciszy, ale niewiele mógł z tym zrobić.

– Chodź, pójdziemy coś zjeść. Nie musisz tam wracać.

– Ale jak nie muszę? Przecież wszyscy na dobre się obrażą! Nie zniosę tego.

W reakcji na jej słowa tylko uniósł brwi. Pomyślała, że faktycznie nie ma po co iść do domu. Atmosfera na pewno ciężka, więc i tak nie dałaby rady tam nawet swobodnie oddychać. Nie wspominając o normalnej, ludzkiej rozmowie.

– Jest ci już trochę lepiej? – Maciek pomógł jej spakować się do torebki.

– Tak. Tabletki zaczęły działać.

– Chodźmy. Pewnie umierasz z głodu. – Uśmiechnęła się.

Wiedział, że była jedną z tych osób, które albo nie są głodne wcale, albo z głodu umierają.

– Na co masz ochotę?

– Mmm…. Na ciepłą drożdżówkę od pani Julii. – Wskazała na piekarnię po przekątnej placu.

– Z malinami?

– Z malinami.

Przed drzwiami do lokalu stały dwa białe krzesła z drewna. Na każdym z nich położono poduszkę, przewieszając przez oparcia polarowe koce. Gdyby tam usiedli, mogliby grzać twarze w ciepłym świetle, które jednocześnie zaglądało do środka lokalu. Promienie sięgały prawie do lady, za którą krzątała się kobieta w błękitnej sukience. Miała jasne włosy, gładką skórę, a delikatne zmarszczki wokół oczu pogłębiały się, kiedy uśmiechała się podając pieczywo klientom.

Pani Julia każdego dnia wypiekała kilkadziesiąt chlebów, drożdżówki, bułki i bagietki. Co rano, jeszcze długo przed szkołą, do piekarni przychodził jej syn. Razem zjadali kajzerki z masłem i miodem, popijając je mlekiem prosto z lodówki. O 7:00 otwierali razem sklep. Ludzie przychodzili tu z całego miasta, bo pieczywo wypiekane w tym miejscu smakowało tak, jak kiedyś.

Na niebieskich ścianach, pomalowanych w tradycyjny sposób – wałkiem robiącym powtarzające się białe wzory – wisiały długie poziome lustra w drewnianych ramach. Ktoś zaplanował to tak, żeby stojąc pośrodku przejścia, każdy odnosił wrażenie, że miejsce jest o wiele większe. Pod lustrami znajdowały się grube, drewniane blaty, na których stały dwa prostokątne ceramiczne pojemniki wypełnione schłodzonym masłem. W sztywną masę wbite było kilka drewnianych noży, tak żeby każdy, kupując tu pieczywo, mógł zjeść od razu na miejscu kawałek posmarowanego chleba. Zaplecze okupowane było przez syna Julii, który właśnie posypywał bułki makiem.

Zapach pieczywa czuć było na całym placu. Każdy, nawet kierując się samym węchem, trafiłby tu bez problemów. Maliny i kruszonka sprawiały, że coraz chętniej myślała, że ten dzień może się udać. Ugryzła kawałek, chrupiąca posypka zatopiła się w ciepłej warstwie słodkich malin, a następnie połączyła z puszystym drożdżowym ciastem.

– Tak, ten dzień jeszcze może być dobry. – Pomyślała Helena wycierając górną częścią dłoni lepki sok z policzka.

– Jak czuje się twój tata? – Kiedy usiedli z powrotem na ławce uświadomiła sobie z zażenowaniem, że ciągle rozmawiali o niej. Maciek uśmiechnął się. Jadł oderwane palcami kawałki drożdżowego cynamonowego rogala.

– Pytał o ciebie. O to kiedy do nas przyjdziesz. Pracuje teraz nad czymś nowym. Wspominał, że musi ci pokazać.

Ojciec Maćka był jednym z tych ludzi, na których widok na ulicy wymieniano się kąśliwymi komentarzami. Całe życie spędzał w laboratorium, więc kiedy z niego wychodził, wydawał się zupełnie zagubiony. Wrażenie to pogłębiał fakt, że pan Romuald był niezwykle wysoki i szczupły, przez co jego ruchy nie do końca skoordynowane. Sam kiedyś przyznał się Helenie, że czuje się trochę jak nastolatek, który urósł znacznie w czasie wakacji i kiedy wrócił do szkoły, okazało się, że jest wyższy niż reszta jego klasy.

Nigdzie nie czuł się bardziej na miejscu, niż wśród ludzi, którzy rozumieli, co do nich mówił. Dlatego cały czas dawał gościnne wykłady na uniwersytetach w Wiedniu, Berlinie, Paryżu. Helena co prawda nie była typem naukowca, ale kiedy tłumaczył jej swoje doświadczenia chemiczne, czuła, jakby znajdowali się w jakiejś równoległej rzeczywistości, gdzie możliwe jest wszystko.

– Super! Myślisz, że dziś byłoby w porządku, żeby go odwiedzić? Jak widać, mam akurat niespodziewanie dużo wolnego czasu, więc jeśli się dobrze czuje, to możemy się spotkać.

– Myślę, że bardzo się ucieszy z takiej niespodzianki.

Pół godziny później otworzyli drzwi do kamienicy, w której znajdowała się pracownia profesora. Miejsce wyglądało jak zwykłe mieszkanie: długi, biały przedpokój z kilkoma skrzydłami drzwi po lewej i prawej stronie. Na końcu korytarza przejście do jasnego pomieszczenia – salonu.

Helena przypomniała sobie jak przyszli tu z Maćkiem po raz pierwszy. Nie mogła uwierzyć, że mieszkają w tym ogromnym mieszkaniu tylko w dwóch. Ojciec chłopaka bywał w domu dosyć rzadko, miał zaplanowane wykłady na kilka miesięcy do przodu.

– Musi się tu fajnie pracować – zwróciła się do Maćka z rozszerzonymi z podziwu oczami.

– Jest ok. Pomalowaliśmy mieszkanie całe na biało. Dla mnie wszystko co jest białe, jest świetne do pracy – wtedy najlepiej pracuje wyobraźnia, no bo przecież widać każde wgniecenie w ścianie, a jak podejdziesz bliżej, to nawet pociągnięcia pędzla. Poza tym wszystko na białym tle wygląda po prostu lepiej.

– Robisz tu sesje? – Podeszła do wysokich, sięgających niemal do sufitu drzwi balkonowych. Widok z okna na park, zawsze o czymś takim marzyła.

– Tak, kilka razy robiłem tu zdjęcia. Dobre światło.

Pomógł jej otworzyć drzwi. Balkon wyglądał jak mała palmiarnia. Były tu chyba wszystkie gatunki roślin, które Helena zaliczyłaby w swojej głowie do grupy retro: paprocie, juki, monstery, ogromny aloes i fikusy – widywała je przez całe dzieciństwo w domach swoich babć i ciotek. Zdziwiona spojrzała na Maćka.

– Ojciec nadaje im imiona. – Uśmiechnął się pobłażliwie. – I codziennie wkłada niektóre z powrotem do mieszkania, jak jest lato i słońce świeci na nie za mocno. Codziennie wieczorem włącza też chyba już najstarszą w domu płytę gramofonową Armstronga i podlewa swój ogródek gwiżdżąc na pół kamienicy.

Przy ścianie po lewej stał regał z książkami, obok trzy jasno brązowe, skórzane fotele, kawowy stolik i wysoka regulowana lampa z białym szklanym abażurem. Po prawej znajdowały się drzwi z podwójną framugą, równie wysokie jak te balkonowe.

– To drzwi do innego mieszkania?

– Nie. Do laboratorium. – Oczy Heleny powiększyły się w jeszcze większym zdumieniu.

– J… Jak to laboratorium? – Ściszyła głos. – Chcesz powiedzieć, że twój tata pracuje nad swoimi eksperymentami w domu? Tak normalnie?

– Nie… Tutaj pracuje tylko nad oficjalnymi rzeczami. – Włączył konspiracyjny ton. – Zwykle najcięższą pracę wykonuje zamknięty w piwnicy, przechowuje tam wszystkie SZKODLIWE substancje, wiesz… – Helena zmrużyła oczy uśmiechając się łobuzersko.

W tym momencie usłyszeli za sobą dźwięk otwieranych drzwi. Drewniana podłoga w korytarzu skrzypiała w rytm męskich kroków. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, obserwując, co będzie działo się następnie. Najpierw w salonie pojawiły się ręce, trzymające naczynia chemiczne, później do środka wszedł wysoki mężczyzna w białym chałacie, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Helena nie wiedziała na co ma bardziej ochotę: udusić Maćka, czy może wyskoczyć przez balkon. Obydwie opcje wydawały się jej równie dobre, po prostu wahała się za długo i przez to stała nieruchomo, jak posąg.

– O… Maciek! Pomóż! – Chłopak podbiegł do ojca i przejął od niego szklaną kolbę z palnikiem. – Zabierzmy to do laboratorium.

Helena odsunęła się z drogi, pan Romuald popatrzył na nią zza okularów podnosząc znacząco lewą brew.

– Co to miało znaczyć? – Oburzyła się w myślach i przewróciła oczami.

– O, tata idzie. – Głos Maćka i skrzypiąca podłoga w korytarzu przywróciły ją do rzeczywistości. Helena znajdowała się w tym samym pomieszczeniu, co 3 lata wcześniej. Od tamtej pory niewiele się zmieniło, jedynie światło, w świetle było dziś coś dziwnego. Jakby drobinki kurzu z całego domu wygrzewały się w smugach rzucanych przez słońce.

– Czy to nasza Helena? – Mężczyzna wszedł pewnym krokiem do salonu.

Resztka kręconych włosów ulubiła sobie tył głowy mężczyzny, bezlitośnie omijając najbardziej narażoną na warunki pogodowe skórę od czubka uszu w górę. Maciek do teraz w pamięci miał scenę, kiedy jego tata wrócił do domu, po raz pierwszy mając na głowie kapelusz, spod którego wyglądała bujna czupryna loków. Kiedy kapelusz wylądował na wieszaku, chłopiec z przerażeniem pomyślał, że filcowe wnętrze pochłonęło całe włosy jego taty. Przez parę lat ze strachu nie nosił czapek. Gęste, lekko siwe brwi pana Romualda wyglądały trochę jak trawa na leśnej polanie, przez którą przebiegło stado dzików – jednym słowem chaos. Helena uwielbiała z nim rozmawiać.

– Zobacz kogo ci przyprowadziłem! Spotkałem ją pod piekarnią i nawet nie musiałem długo namawiać, żeby cię odwiedziła. – Oboje z panem Romualdem porozumiewawczo unieśli brwi.

– Chryste, co się stało? – Popatrzył na zabandażowaną rękę dziewczyny.

– Zraniłam się otwierając puszkę z pomidorami. – Na samo wspomnienie zbladła.

– Chodź. – Podprowadził ją do foteli przy biblioteczce – Maciek zrobi nam herbaty, a potem, jak już się lepiej poczujesz, pokażę ci nad czym teraz pracuję.

Maciek zniknął za drzwiami kuchni.

– To jak już pan wie jak się czuję, koniecznie proszę powiedzieć co u pana.

Profesor rozsiadł się na swoim fotelu zbierając myśli. Słońce odbijało się w jego włosach i przypominał dzięki temu Einsteina, tylko bez połowy fryzury.

– Myślę, że Maćkowi przydałoby się – Odchrząknął znacząco. – Towarzystwo.

Helena zapadła się w miękkim fotelu jeszcze bardziej, niż przed chwilą.

– Towarzystwo. – Powtórzyła cicho. – Czyli kto?

Pan Romuald wyraźnie zmieszany, przyjął konspiracyjny ton.

– Nie mogę już z nim wytrzymać, ciągle tylko siedzi w domu. A jak przyprowadza jakieś dziewczyny, to zawsze są to modelki. Zrobi im kilka zdjęć i nawet nie zaproponuje herbaty!

– Ale to chyba dobrze, że modelki? Czyli ma dobry gust!

– Ma gust, tylko one nigdy tu już nie wracają! – Helena zdała sobie sprawę, że właśnie jest proszona o wyswatanie Maćka. Nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Profesor zmienił temat w samą porę, jego syn właśnie znalazł się w niebezpiecznej odległości.

– Musisz z nami zostać na obiad! – Głos pana Romualda się ożywił tak, że dziewczyna prawie podskoczyła.

Całe popołudnie spędzili w trójkę. Mężczyzna opowiadał o studentach i wyjazdach. O tym, że “w Berlinie już nie da się wypić spokojnie kawy na Kreuzbergu” i że nagle “Wiedeń stał się miastem starych ludzi”. Po tych słowach zamyślił się nad zupą pomidorową. Łyżka w jego ręce zatrzymała się w połowie drogi do talerza. Helena z Maćkiem popatrzyli na siebie porozumiewawczo, ale zanim zdążyli coś powiedzieć, pan Romuald zaczął już mówić o czeskiej politechnice, o tym jak ostatnio podczas sympozjum ktoś wbiegł do sali pełnej chemików krzycząc, że alarm.

– Co się stało? – Maciek znał doskonale tę historię i uśmiechnięty obserwował przejętą Helenę.

– To był koszmar! – Profesor wstał od stołu i podszedł do witryny ze starą porcelaną. – Zwykle w uniwersyteckich laboratoriach związki chemiczne potrzebne do doświadczeń przechowuje się w najwyższej ostrożności, na zapleczach. Ale to było miejsce, do którego wchodził tylko profesor Hlava i jego asystenci. Nie muszę mówić jak tam ciasno, w końcu nikt od lat nie pomyślał o sprzątaniu. Kiedyś zajrzałem tam szukając profesora – ściany od podłogi do sufitu były obłożone małymi słoikami, butelkami i fiolkami tak ciasno, że byłem pewny: jeśli ktoś tego dotknie, wszystko kiedyś wybuchnie. Kiedy Hlava wszedł po notatki do swojej prelekcji, zapomniał, że rano zostawił przy wejściu parasol. Wychodząc, cały skupiony na wertowaniu materiałów zahaczył o wystającą rączkę i potknął się. – Pan Romuald już kilkukrotnie przemierzył odległość między witryną a oknem. – Na szczęście nic mu się nie stało, ale żeby nie upaść i nie złamać sobie nogi, chwycił jedną z drewnianych półek regału. Niestety cała deska z roztworami się obsunęła. – Profesor gestykulował wykonując zamaszyste ruchy. – Pod wpływem niespodziewanego obciążenia, pozostałe półki też się zerwały, tłukąc całe szkło. Wtedy zaczął unosić się nieznośny zapach i gdzieniegdzie – na nieszczęście – opary. Wszystkie związki chemiczne zaczęły ze sobą reagować. Kiedy wbiegłem tam z asystentem profesora, zaczęliśmy walkę z czasem. Wyobrażasz to sobie? – Oczy dziewczyny zrobiły się zupełnie okrągłe z przerażenia.

– Co się stało z Hlavą?

– Laborantka usłyszała hałas i uratowała staruszka, wzywając pomoc. Był w ogromnym szoku.

– I co zrobiliście?

– Krzyknąłem do tej kobiety, żeby trzeba ewakuować budynek – to wszystko mogło w każdej chwili wybuchnąć. Dwóch chłopaków zaczęło neutralizować reakcje, ale ten regał był naprawdę duży. Do tej pory zastanawiam się kto to wszystko tam położył.

– O rany! – Helena, z wrażenia sama prawie wstała.

– Pół godziny! Pół godziny dzieliło nas od utraty gmachu auli uniwersyteckiej. Na szczęście w porę opanowaliśmy ten bałagan. Do końca zjazdu wszyscy podchodzili do mnie, wypytując i dziękując mi za ratunek.

– Tato, uważam, że powinni ci za to przyznać co najmniej tablicę pamiątkową!

– Zgadzam się! – Helena kaszlnęła, krztusząc się wodą.

– Sam profesor kilka tygodni później postanowił przejść na emeryturę. Uznał, że nie ma już zdrowia do tak stresującej pracy.

– O! Czyli na praskim wydziale zwolniło się miejsce! – Helena wielokrotnie słyszała od pana Romualda wiele dobrych słów o tamtejszej politechnice.

– To prawda tato? – Profesor wrócił w milczeniu na swoje miejsce.

– Tak. – Odchrząknął lekko, jakby coś chciał powiedzieć.

– Uważam, że powinni panu zaproponować objęcie tej pozycji. Uratował pan ich budynek! – Pan Romuald zbladł. Pokój wypełnił się niezręczną ciszą. Za oknem słychać było dzieci bawiące się na podwórku. Maciek nie do końca rozumiał co się dzieje. Mężczyzna wyszedł z pokoju bez słowa.

– Co za historia. – Zaśmiał się Maciek. Helena przeczuwała co się dzieje. Profesor wrócił do jadalni z listem w ręce.

– Dostałem go parę tygodni temu. To list od Hlavy. Prośba, żebym zajął jego miejsce. – Helena spojrzała na Maćka. Chłopak skubał papierową serwetkę, nerwowo mrugając. Profesor podsunął list w ich stronę.

– Mam miesiąc, żeby podjąć decyzję.

 

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Fot.