Popatrz

Ciepły wieczór, tłum ludzi rozmawiających ze sobą przed klubem. Znużona późną porą, całodniową migreną i niewielką ilością cydru, przejeżdżam wzrokiem po ledwie znajomych mi twarzach, mój wzrok zatrzymuje się przez chwilę na Tobie.

Widzę, jak uśmiechasz się samymi ustami, które wymalowane mocno czerwoną szminką krzyczą „Jestem kobietą! Popatrz!”. Całą Ciebie definiują dziś blond włosy wygładzone prostownicą, wyskubane brwi, mocno wymalowane rzęsy, róż na policzku. Masz na sobie trochę zbyt krótką sukienkę, która nie pozwala Ci swobodnie i bez odkrywania całych ud usiąść na leżaku przed klubem. Czerwień szminki zmywa się z każdym łykiem piwa, w tempie proporcjonalnym do tempa nasączania organizmu kolejny już raz tym, co dodaje Ci odwagi, żartu, ciętej riposty i pewności siebie. Taki obraz mam przed sobą. Pierwsza moja myśl „Rany, jak mi jej szkoda” – zostaje zagłuszona Twoim głośnym śmiechem, który jest odpowiedzią na słowa chłopaka, z którym stoisz.

W toalecie spoglądasz na siebie w lustrze: dziewczyna, którą widzisz w jego odbiciu, ma na twarzy cyniczny uśmiech. Bardzo starasz się nie patrzeć jej w oczy – po co miałabyś zobaczyć powieki zapuchnięte od płaczu za Nim, a właściwie to już za kimkolwiek. Myślisz, że tylko Ty wiesz, że obrzmienia zostały pokryte cieniem w kolorze skóry, który załatwił sprawę na ten wieczór. Poprawiasz kolor ust i wdychasz głęboko powietrze śmierdzące mieszanką papierosów, alkoholu i potu.

Wychodzisz z toalety, otwierasz drzwi do głównej sali, a rytmy Twojej ulubionej piosenki od razu przenikają Twoje ciało. Potykasz się w drodze na parkiet, śmiechem maskując zmieszanie. Czujesz na sobie spojrzenia, więc zaczynasz tańczyć z zamkniętymi oczami – po chwili, w momencie, gdy ktoś przypadkiem boleśnie odbija się od Ciebie,  stwierdzasz, że zamykanie oczu to jednak nie był najlepszy pomysł. Rozglądasz się więc wokół siebie, w tłumie próbujesz wyłapać czyjeś spojrzenie. Czyjekolwiek.

Jest. Przyciągasz go do siebie, najpierw wzrokiem, potem, gdy zbliża się na wyciągnięcie ramion, rękami. Tańczycie i za chwilę, gdy zmienia się rytm, zaczynacie się obejmować a zanim wokal dotrze do refrenu, wy już całujecie się wśród rozgrzanego dusznym powietrzem tłumu. „Chodźmy do mnie”-mówi po chwili on- godzisz się, przecież jesteś wyzwoloną kobietą, szukasz bliskości, dlaczego miałabyś nie pójść? W końcu on jest tu i teraz, nie musisz czekać aż jego poprzednik odezwie się nagle po dwóch tygodniach. „Nie rozumiem dlaczego się nie odzywa – przecież było tak dobrze”- dopiero co skłamałaś wczoraj przyjaciółce, która na te słowa skrzywiła się wiedząc, że nie ma w nich ani krzty prawdy. Wie przecież, że wróciłaś zapłakana nad ranem do domu. Nigdy nie przyznasz się nikomu dlaczego.

Budzisz się rano obok wczorajszego wieczoru. Czujesz jak skronie nadal pulsują Ci w rytm muzyki, a alkohol ciągle intensywnie krąży we krwi. Wstajesz tak, aby nie obudzić jego prawie nieprzytomnego ciała, wyciągasz z torebki papierosa i wychodzisz na balkon owinięta w prześcieradło, które zsunęło się na podłogę. Zaciągasz się dymem, patrząc obojętnie na budynki wokół. Starasz się nie myśleć o tym, co zaszło tutaj nad ranem, ale nie jesteś w stanie powstrzymać rytmu wybijanego przez serce, które przyspiesza z każdym Twoim oddechem. Wydychasz ostatnią dużą chmurę dymu tamując płacz, który rozdziera Cię od środka.

Wymykasz się zanim on się budzi. Wracasz do domu przez miasto, w pośpiechu, praktycznie nie zauważając ludzi mijających Cię na ulicy. W momencie, gdy zamykasz za sobą drzwi do swojego pokoju, wybuchasz płaczem.

Gdy patrzę na Ciebie, nie mogę uwierzyć, że robisz to sobie. W ten sposób niczego przecież nie zmienisz.

Chciałabym, żeby ten tekst był uzupełnieniem wpisu Volanta – zjawiskiem braku bliskości, bólem, do którego wielokrotnie single nie przyznają się, a z którego dramatyczne próby wybrnięcia, mylone są z rozwiązłością.

  • GosiaS

    Nie chcę aby zabrzmiało to „mentorsko” :) ale z perspektywy własnego, dużego aczkolwiek dawnego doświadczenia – często myliłam seks z bliskością…
    może miał na to wpływ destrukcyjny ojciec…gdzie moja potrzeba szukania miłości była tak wielka…i nigdy nie uważałam się za rozwiązłą…po prostu nie tą drogą jej szukałam…a kiedy przypadkiem znalazłam to problemem było zalewaniem partnera skumulowaną i zaborczą miłością…
    Potrzeba było czasu, właściwych osób na mojej drodze abym nie brała „byle czego”, ani nie rozmieniała się na drobne…
    Chciałabym nauczyć swoją córkę takiej wiary i pewności siebie, aby na tyle się szanowała i lubiła by mogła dokonywać w życiu mądrych wyborów…choć pewnie i tak ją nie uchronię przed życiowymi błędami, a gdy takowe się pojawią – aby były dla niej trampoliną, a nie dołkiem…

    • 100sukienek

      najważniejsze mieć świadomość tego co się dzieje, świadomie wybierać, zauważać swoje reakcje, decyzje, to chyba jedyna droga aby ustrzec się autodestrukcji. dziękuję za ten komentarz Gosiu. :)

  • Na szczęście już się z tego wyleczyłam… ;)

    • 100sukienek

      :)

  • Zawsze wątpiłem w „idealne życie” singli. W to, że mogą robić wszystko, wszędzie, ze wszystkimi. Że nikt im nie patrzy na ręce, że są wolni. I tak naprawdę wciąż wątpię, że w ciągu roku nie znajdą się dni, w których jedyną potrzebą człowieka jest przytulenie się do drugiego, zrobienie sobie nawzajem śniadania, poczucie, że jest się dla kogoś kimś ważnym. Człowiek został stworzony do miłości. A miłości, bliskości nic nie zastąpi.

    • 100sukienek

      Tomek, o to właśnie chodzi.. dziękuję Ci za te słowa.

  • Czasem uświadamiam sobie ile miałam szczęścia, rzucając się na wiatr i w ramiona, i trafiając tam gdzie powinnam, zanim się zniszczyłam.

    • 100sukienek

      nie wiem od czego jest to uzależnione na jakich ludzi trafiamy, podejrzewam, że podejście do nas samych determinuje niemal wszystkie nasze wybory. wierzę, że im lepiej sami siebie traktujemy, tym lepsze podejmujemy decyzje. pozdrawiam serdecznie Kamilo!

  • Strider

    Ja mam za to odwrotny problem: od dłuższego czasu w moim życiu,
    nazwijmy to, uczuciowym, panuje kompletna pustka. Nawet takich
    przygód, jak powyżej, nie mam (dobrze to czy źle – nie wiem). Trochę
    sam taką sytuację powoduję, trochę mam pecha, ale frustracja niestety
    z dnia na dzień rośnie, a że teraz mieszkam za granicą, to tym
    bardziej zaczyna mi brakować bratniej duszy. Zaczęło się od
    niespodziewanego i bardzo bolesnego rozstania. Mam niestety od tamtej
    pory uraz i nie raz mam ochotę uciec w jednonocne przygody, ale… to
    chyba nie dla mnie. Nie potrafię się do czegoś takiego przekonać.
    Problem w tym, że i w normalnych damsko-męskich relacjach nie mogę się
    przełamać (mimo, że chęci są) no i tkwię w zawieszeniu, a to też jest
    cholernie trudne. Ciągle mnie to wszystko bardzo boli mimo, że minęły już prawie 4 lata…

    Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy ;)

    • 100sukienek

      też miałam tak kiedyś.jakoś stopniowo się udało z tym zawalczyć, ale nie było łatwo. po 2 latach dopiero coś zaczęło się zmieniać, ale dużo było w tym pracy niestety.
      pozdrowienia!

  • Tygiełło

    Ale ty piszesz…:)

    • 100sukienek

      (wierzę, że to jednak komplement ;))

  • Monika Dąbrowska

    Zmuszona narracją, poczułam się przez chwilę zupełnie obcą kobietą. Smutny proces autodestrukcji. Niemy krzyk wołania o pomoc, stłumiony pragnieniem poczucia bólu, który jest dowodem istnienia. Okropne uczucie, którego kompletnie nie rozumiem. Myślę, że sedno problemu samotności, czy braku bliskości, często leży nietyle w potrzebującym, co w otoczeniu, które nie jest w stanie zapewnić odrobiny autentyczności, nie dostrzega potrzeb drugiego człowieka. Tak we mnie zagrał ten tekst. Dziękuję.

    • 100sukienek

      myślę, że masz trochę racji, chociaż nieraz jest tak, że ktoś czuje się samotny wśród najbliższych. wydaje mi się, że dużo zależy od podejścia do samych siebie (ale też – jak napisałaś – podejścia tych bliskich do potrzeb drugiego człowieka). z otwartymi oczami (zarówno na siebie jak i na innych) jest łatwiej żyć, nawet jeśli nie ma się obok jednej najdroższej osoby. pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za tyle miłych słów! :)

  • Piękne, lekkie pióro, podziwiam.

    Chociaż, mimo wszystko, uważam, że próba wybrnięcia z samotności nie musi wiązać się ze wskoczeniem komuś do łóżka. Jest to tylko iluzja bliskości i każdy logicznie myślący człowiek to wie. Zaspokaja tylko te proste potrzeby i to często kosztem wyrzutów sumienia i żalu. W dodatku nadal pozostaje rozwiązłością, nazywajmy rzeczy po imieniu.

    • 100sukienek

      dziękuję za miłe słowa :)
      ten wpis nie jest generalizacją, nie piszę: zawsze, nigdy, tylko. przedstawiam tu jeden przypadek, wiem, że jest takich osób więcej, ile – nie mam pojęcia. dobrze, że nie wszyscy w ten sposób radzą sobie z samotnością. :) pozdrawiam!