Tajny Klub Pisarski #1

Dokładnie 12 miesięcy temu otrzymałam nagrodę Literackiego Blogu Roku za 100sukienek.in i to było zdecydowanie najmilsze wydarzenie tamtej jesieni.

Jest we mnie dużo determinacji, żeby nie przestać pisać. Musiała ona jednak urosnąć we mnie na nowo, do czego zdecydowanie przyczyniła się pani T. (pozdrawiam!). Zauważyła ona (jak zwykle słusznie!), że mam tendencję do porzucania swoich prywatnych projektów dokładnie w momencie, kiedy zaczynają nabierać poważnych kształtów. Postanowiłam z tym zawalczyć. Dołączyłam do tajnej grupy pisarskiej założonej przez Marię Kulę i jestem bardzo z tego powodu podekscytowana (bo to trochę jak Stowarzyszenie Umarłych Poetów!)

W najbliższym czasie będą pojawiać się tutaj teksty, które napisałam realizując wyzwania grupy. Możliwe, że teksty nie będą łatwe, możliwe, że będą nieznośne, czy inne, niż do tej pory. Jest też szansa, że przywołają fajne wspomnienia, więc jeśli macie ochotę, to zapraszam do komentowania! Będzie mi bardzo miło przeczytać o Waszych odczuciach.

***

Julia, 31.

Miała wrażenie, że klamka stopiła się w jedno z jej ręką. Co chwilę spoglądała na dłoń, upewniając się, że jednak to tylko złudzenie. Oddech sąsiadki mieszał się z zapachem ciężkich perfum. Nie mogła skupić się na treści przekazywanego jej komunikatu. Co chwilę przekręcała głowę i zamiast patrzeć na twarz, analizowała misternie ułożone włosy sąsiadki.

-Rany, ile trzeba czasu i lakieru do włosów, żeby coś takiego osiągnąć?

Przypomniało jej się upalne lato, kiedy miała może z osiem lat: rodzice byli w pracy – w końcu były wakacje – a każde z dzieci nosiło władzę nad dostępem do wychuchanego M2 czy M3 zawieszoną na szyi. Akurat był to czas, kiedy w telewizji oglądali w kilka osób maraton przygód Kapitana Tsubasy, przerywany blokami reklamowymi wystarczającymi na przygotowanie kanapki z margaryną i dżemem truskawkowym od babci. Słysząc podniesione głosy pod blokiem, postanowili wyjrzeć przez okno. I to był ten moment, który – uświadomili sobie to po jakimś czasie dopiero – mógł zaważyć o losach ich czwórki na wiele miesięcy. Na dole, pod klatką stała ich upiorna sąsiadka, która zawsze przeganiała z podwórka i krzyżowała wszystkie plany dzieci.

Na szczęście zawsze było można ją zauważyć z daleka – po pierwsze – na głowie nosiła jaskrawo pomarańczowy hełm z włosów; po drugie – miała chrapliwy, niski głos, który zawsze wróżył kłopoty. Kiedy więc wyglądając przez okno, zobaczyli pomarańczową kopułę rozmawiającą z mamą Ani, która akurat miała ze sobą misę z mokrym jeszcze praniem, Wojtkowi z wrażenia wypadła z buzi guma Donald, którą żuł dopiero od półtorej godziny.

W takich chwilach, kiedy spodziewamy się, że zaraz nastąpi koniec pewnej ery, etapu w naszym życiu, beztroskiego dzieciństwa, czy jak kto woli – wakacji bez żadnych ograniczeń – chcemy zwykle jednego – żeby świat. Stanął. W miejscu. Niestety – tak się nigdy nie dzieje. Grawitacja była bezlitosna. Guma spadała, mijając kolejne metry betonu i okien, ewidentnie kierując się prosto w pomarańczowy hełm pani Gertrudy. Wszyscy zbledli. W mikrosekundzie, kiedy guma zetknęła się ze sztywnymi włosami sąsiadki, odbiła się od nich i poturlała wprost do miski z praniem. Byli uratowani.

Do rzeczywistości przywrócił ją dźwięk telefonu.

-Wrócimy do tego innym razem – powiedziała do niej kopuła z włosów. Twarz nurkowała już w torebce.

-Oczywiście, do widzenia! – Julia z ulgą zatrzasnęła za sobą drzwi.

***

Tomek, 30.

-Musisz wiedzieć, że mam trzy babcie. – Sama miała trzy babcie, więc nie było w tym dla niej nic dziwnego.

-Ja też! Opowiedz mi o nich! – Był wieczór, właśnie wjeżdżali na trasę, która prowadziła przez stary las.

-Jedna to babcia, z którą najlepiej nie rozmawiać przez telefon, do drugiej nie wolno przyjeżdżać bez zapowiedzi, a trzecia tak strasznie gotuje, że zawsze odwiedzamy ją po obiedzie.

Oboje byli już trochę głodni. Tomek skupił się na drodze, jeszcze kilka kilometrów i będą na miejscu. Przypomniał mu się dzień kilkanaście lat temu.

Przełknął ślinę i usłyszał swoje burczenie w brzuchu. Usiadł naprzeciwko Lusi wpatrując się w talerz i zastanawiając się co zrobić. W momencie, gdy masz przed sobą wybór czy zdecydować się na śmierć z głodu, czy może na śmierć od czegoś, co na ciebie patrzy (mógł przysiąc, że groszek, marchewka i kawałki szarej brukselki ułożyły się w kształt ludzkiej twarzy), w twoim umyśle otwierają się obszary, których u siebie nigdy nawet nie podejrzewałeś.

-Czy jest chleb? – to była ostatnia deska ratunku. Jakiekolwiek pieczywo byłoby lepsze. Przez ułamek sekundy był pewien, że Lusia zakaszlała, żeby ukryć rozbawienie.

-Niestety. Jedz, sama zupa ci wystarczy.

-Wezmę do pokoju, mam duże zadanie z fizyki.

Nie czekając na reakcję chwycił parujący talerz i z ulgą zamknął za sobą drzwi pokoju. Przekręcił bezgłośnie klucz i szybko podbiegł do biurka. Chwycił krzesło i przysunął je do szafy.

Minutę później było po wszystkim. Siedział przy biurku nad zeszytem z fizyki i obserwował mgłę za oknem. Z najwyższego punktu w pokoju patrzyła na niego zupa, która już stygła cicho w wielkim wazonie z niebieskiego szkła.
Wyciągnął z torby batonik kupiony na czarną godzinę. Burczenie w brzuchu ucichło.

Podjechali pod dom. Na jego progu stała niewysoka postać ubrana w długi szlafrok.

-Gdzie was tak nosi po nocy! Już myślałam, że nie przyjedziecie dzisiaj! Chodźcie, zaraz przygotuję wam pierogi.- Wyszli z samochodu. Na szczęście, tym razem nie była to babcia Lusia.

***

Ten wpis to początek cyklu – stąd numeracja. Kolejna część powinna pojawić się tu za tydzień!

fot. Paweł Kolankowski